Te same – niezbyt spektakularne, a właściwie paraliżujące swoją zwyczajnością – zdarzenia oglądane z perspektywy trójkąta nieszczęśników: mężczyzny, kobiety i ich córki. Bezprecedensowy obraz naszych czasów, gdzie zgorzknienie miesza się z wyczerpaniem, nostalgiczne wspomnienie okazuje się prankiem kolegów z pracy, kompulsywny seks jest innym imieniem depresji, a kreatywność mielona przez korpotryby zamienia się w „robienie gówna z gówna”. Adam Kaczanowski w swojej książce prozatorskiej po raz kolejny uparcie zadaje pytanie, czy życie bohaterów – a może też czytelników – jest komedią, czy raczej dramatem. I zanim zdążymy odpowiedzieć, zanim uśmiech zastygnie nam na ustach, dodaje: whatever, wychodzi na to samo. Przewrotny mistrz opisu świata, w którym nic nie ma znaczenia, znowu w akcji!
Tom, który wraca jak światło po sztormie: nie po to, by uspokajać, lecz by lepiej widzieć. Fenomenologia gniewu odsłania drugi biegun poetyckiej wrażliwości Adrienne Rich – gniew rozumiany jako troska i narzędzie poznania świata. Przekrojowy, nielinearny wybór pokazuje, jak prywatne doświadczenie przechodzi w mowę wspólnoty, a język staje się przestrzenią odmowy wobec narzuconych definicji ciała, ról i historii. To teksty ostre, analityczne, intymne, a zarazem niepokojąco aktualne. Polskie przekłady wydobywają pełnię rytmu i energii Rich, przywracając jej głos jako jedno z najważniejszych świadectw literackiego sprzeciwu. Czytana dziś w Polsce brzmi jak głos konieczny: przypomina, że gniew nie jest impulsem, lecz formą jasności wobec świata, który zmienia się zbyt wolno.
Uważność w nadmiarze potrafi być zabójcza – pokazuje autorka debiutanckiego tomu, rysując sugestywny obraz współczesnej rozszczelnionej podmiotowości. Podmioty – pośpieszane, poddawane ciągłej presji – są bombardowane bodźcami tak bardzo, aż znikają. Znikają wśród zadań do wykonania, skompresowanych obrazów, skotłowanych dźwięków, zahaczanych o siebie słów. Jednak teledyskowa poetyka wierszy Puwalskiej, choć rejestruje typowe dla naszych czasów znużenie, wcale nie nuży. Porywa do lekturowego tańca i uczy nas kroków samoobronnej, odstraszającej wrogów haki.
Proza Andrija Bondara dowodzi, że jest on doskonałym obserwatorem rzeczywistości, a jego przenikliwe spojrzenie sięga głęboko pod powierzchnię z pozoru błahych zdarzeń. Historie ważne i nieważne to opowiadania, które poruszają, czasem bawią, a czasem i przerażają. To także refleksyjny obraz rodzinnej Ukrainy oraz portrety tzw. "zwykłych" ludzi.
Tu będą śpiewane piosenki, ale bez zatęchłych strojów ludowych, bez strojnych falban. Tu będzie prowadzona opowieść, która nie da się wcisnąć w cepeliowskie ramy ani sprzedać na straganie ekorękodzieła. Tu będzie zgłębiana kwestia chłopskiej i postchłopskiej tożsamości. Tu będą zmagania z traumą klasową, jakich w polskiej poezji najnowszej nie zaznano. Tu będą gadane i słuchane świadectwa istot, które – uwikłane w mechanizmy podległości – często głosu nie mają. Tu refleksja feministyczna połączy się z ekopoetycką – i obie zmierzą się z groźbą skapitalizowania opowieści. Debiut Antoniny Tosiek – tom wielokrotnego oporu, storytelling na nasze czasy.
W drugim tomie poetyckim Antonina Tosiek rozpisuje na wiersze całe spektrum trosk: od tej „na wysokości” (jak ironizuje w tytule jednego z utworów), przez różne poziomy systemów opiekuńczych oraz sploty niepokojów ekonomicznych, społecznych i politycznych, po konkretne czynności pielęgnacyjne cierpliwie spełniane „na niskości”: tam, gdzie zawodzi fizjologia, niedomaga ciało, wkrada się śmierć. Podmiotka tych wierszy trwa przy bliskich chorych, próbuje pogodzić się z ich odchodzeniem, ale jej uważne spojrzenie obejmuje też osoby krzywdzone, marginalizowane, poddawane systemowej i jednostkowej przemocy. Tosiek nie popada jednak ani w ton bezradnego lamentu, ani w pięknoduchowskie współodczuwanie: zmęczona bohaterka „żertw” pozwala sobie często na silniejsze, często nieakceptowane społecznie (zwłaszcza u kobiet) afekty – wściekłość, odrazę, sarkazm – dzięki czemu udaje się jej ostatecznie zatroszczyć o samą siebie, nie kończyć w roli ani męczennicy, ani ofiary.
Wiersze jednej z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetek amerykańskich, uhonorowanej Nagrodą Pulitzera oraz National Book Critics Circle Award. Misternie skonstruowane aranżacje, precyzyjne poetyckie mechanizmy, które angażują szerokie spektrum pewnych siebie poglądów na temat otaczającego nas świata i poddają je przenikliwemu testowi na sens, logikę i spójność. Lektura obowiązkowa!
Z Trzech sztuk Johna Ashbery’ego nic nie wynika. Najtrudniejsi do przełknięcia są „Herosi” (1950) ze względu na bulwersujące zmiany scenicznego nastroju i rejestrów języka (w skali mniej więcej od Ubu Króla do Króla Edypa), a także niemożliwe „zgrupowania” postaci: kiedy „światło ścieka z kolumn i cokołów starożytnej Grecji”, w salonie Achillesa z gramofonu leci muzyka, Chór tańczy z Tezeuszem, Kirke z Achillesem, Hebe z Patroklosem, Ulisses zaś podpiera ścianę, popijając. Natomiast „Kompromis” (1955) to już ewidentnie quasi-western (z udziałem m.in. Kanadyjskiej Policji Konnej oraz całego plemienia Indian Tobi: – Chór!); i wreszcie „Filozof” (1959) – ot, szarada, typowa zagadka kryminalna, porzucona jednak in medias res bez rozwiązania. Swoje trzy „dramaty liryczne”, jak zwą je krytycy, autor napisał głównie ku rozrywce dobrze mu znanej, harvardzkiej i nowojorskiej młodzieży poetyckiej, jednak nie trzeba szczególnie wnikliwego wglądu, aby dostrzec w nich początki fatalnego zauroczenia światem kultury popularnej.
W Bach for my baby czytelnik odnajdzie charakterystyczną dla Justyny Bargielskiej swoistą frazę, lapidarność i niejednoznaczność, dzięki czemu poetka unikając patosu, mówi o miłości, cielesności, śmierci czy niepokojach metafizycznych. Po raz kolejny wciąga w swój imponujący świat wyobraźni, którego obrazy potrafi nakreślić w paru słowach.
W China shipping autorka opowiada przeróżne historie, których siła tkwi – z jednej strony – w odnoszeniu się do prawdopodobnej realności, a z drugiej – w konstruowaniu fantazyjnych krajobrazów, dziwacznych, niejasnych. Obrazy świata przepełnione są ruchem, odbywają się ich halucynacyjne metamorfozy. Silna jest tu energetyczność słowa, migotliwość tego, co widzimy i co rozumiemy. To drugi tom w dorobku Justyny Bargielskiej, pierwotnie ukazał się w 2005 r.
Tom, w którym od pierwszego wiersza wyraźna jest osobna dykcja: łączenie rejestrów, szybkie przejścia między ironią a tym, co zostaje odsłonięte. Wiersze pracują na napięciu między doświadczeniem prywatnym a językiem, który je podważa i przestawia. Relacje, ciało, codzienność – bez stabilizacji, bez jednej perspektywy. Książka, od której zaczyna się idiom rozwijany w kolejnych tomach – aż po wydany niedawno „Kubek na tsunami”.
Uhonorowana Literacką Nagrodą Gdynia 2010 książka to poetycka praca żałoby, gdzie mistycyzm miesza się z wulgaryzmem, dojmujący smutek zderza się z brawurową metaforą, a prostota miesza szyki łatwym interpretacjom. Rozpisane na wiersze dochodzenie do zgody na śmierć, nagrodzone zgodą (fiat) na życie, na świat, a nawet „dwa fiaty”.
Najważniejsza dotychczas książka Justyny Bargielskiej, w której forma staje się lekiem, a nadzieja brzmi: „jeśli zabiję się dzisiaj, nie zobaczę, co może stać się jutro”. Poetka podsuwa nam wobec katastrofy małe, codzienne naczynie, zdolne pomieścić falę miłości, choroby, samotności i śmierci. To poezja bez patosu, a zarazem pełna dramatycznego napięcia – język rozedrgany, szarpiący się, jakby „rozpacz na zapas” miała być jedyną formą ocalenia. Bargielska nie ucieka od bólu, lecz nadaje mu formę: prostą, ciętą, czasem błyskotliwie ironiczną. To nie elegia ani manifest, ale zapis trwania – czułości wobec rzeczy martwych, rozmowy z maszyną, próby wysiadania „na żądanie”. Książka świeża, bezceremonialna, konieczna.
Najważniejsza dotychczas książka Justyny Bargielskiej, w której forma staje się lekiem, a nadzieja brzmi: „jeśli zabiję się dzisiaj, nie zobaczę, co może stać się jutro”. Poetka podsuwa nam wobec katastrofy małe, codzienne naczynie, zdolne pomieścić falę miłości, choroby, samotności i śmierci. To poezja bez patosu, a zarazem pełna dramatycznego napięcia – język rozedrgany, szarpiący się, jakby „rozpacz na zapas” miała być jedyną formą ocalenia. Bargielska nie ucieka od bólu, lecz nadaje mu formę: prostą, ciętą, czasem błyskotliwie ironiczną. To nie elegia ani manifest, ale zapis trwania – czułości wobec rzeczy martwych, rozmowy z maszyną, próby wysiadania „na żądanie”. Książka świeża, bezceremonialna, konieczna.
W tomie Nudelman Justyna Bargielska podejmuje nową – mocną, miejscami brutalną, ale wciąż poetycką opowieść. Przypomina, że człowiek jest śmiertelny, kruchy. I nic nie daje pocieszenia – ani Bóg, ani religia, ani seks, ani druga osoba. Świat jest w zasadzie nieprzyjazny, inni ludzie również. Nie ma pocieszenia, jest śmierć. Językiem, który przy tym nie traci nic ze swej naturalności, a zarazem jest swego rodzaju idiomem poetyckim, autorka serwuje wiersze, które bolą. Bardzo.
Debiutancka książka prozatorska Justyny Bargielskiej wyróżniona Nagrodą Literacką Gdynia. Zbiór krótkich form skupionych wokół doświadczenia ciąży, porodu i utraty – opowiadanych bez patosu, w języku oszczędnym, prześmiewczym, dotkliwym. Książka zbudowana z miniatur, w których język pozostaje blisko doświadczenia i nie łagodzi jego ostrości. Narratorka łączy codzienność z fantazją, snem i absurdem, prowadząc opowieści, które urywają się, przeskakują, nie układają w ciągłą historię. Centralnym doświadczeniem pozostaje poronienie – obecne nie jako temat osobny, lecz jako punkt, wokół którego organizują się kolejne teksty. Bargielska unika gotowych form żałoby, pracuje z groteską i czarnym humorem, zmieniając sposób mówienia o stracie.
W 22 utworach Justyna Bargielska w charakterystycznym, niepodrabialnym stylu dotyka kwestii fundamentalnych, bez patosu mówiąc o metafizycznych niepokojach, śmierci czy miłości. Czyje to jest selfie, kogo tu zobaczymy? Czy okaże się lustrem, w którym przejrzy się czytelnik? Autorski wybór wierszy zachęca do aktywnej i czujnej lektury: zwodzi i myli tropy
Jaki jest wynik audytu czarnej materii, która zna nas na wylot? Jakie trenujemy wyjścia, gdy właśnie przestano nas kochać? Kto nas widzi, gdy dla siebie dawno już zniknęliśmy? Można by te i inne pytania zadawać w tonie serio, jednak w tomie Justyny Bargielskiej padają one w trybie stand-upu. Poetka we właściwym sobie stylu dyryguje katatonią fakapu, dba o szybkie zmiany fazy, marsze żałobne wygrywa elektryzującym bitem z infolinii przychodni, a o patos upomina się tylko wtedy, gdy trzeba „ratować mydełka kosztem reszty świata”. Wielka jest w tych „wierszach poleceń” szczodrość przewrotnej szczerości. Opowieść dla każdego, który zechce słuchać.
Jaki jest wynik audytu czarnej materii, która zna nas na wylot? Jakie trenujemy wyjścia, gdy właśnie przestano nas kochać? Kto nas widzi, gdy dla siebie dawno już zniknęliśmy? Można by te i inne pytania zadawać w tonie serio, jednak w tomie Justyny Bargielskiej padają one w trybie stand-upu. Poetka we właściwym sobie stylu dyryguje katatonią fakapu, dba o szybkie zmiany fazy, marsze żałobne wygrywa elektryzującym bitem z infolinii przychodni, a o patos upomina się tylko wtedy, gdy trzeba „ratować mydełka kosztem reszty świata”. Wielka jest w tych „wierszach poleceń” szczodrość przewrotnej szczerości. Opowieść dla każdego, który zechce słuchać.