á
â
ă
ä
ç
č
ď
đ
é
ë
ě
í
î
ľ
ĺ
ň
ô
ő
ö
ŕ
ř
ş
š
ţ
ť
ů
ú
ű
ü
ý
ž
®
€
ß
Á
Â
Ă
Ä
Ç
Č
Ď
Đ
É
Ë
Ě
Í
Î
Ľ
Ĺ
Ň
Ô
Ő
Ö
Ŕ
Ř
Ş
Š
Ţ
Ť
Ů
Ú
Ű
Ü
Ý
Ž
©
§
µ
Oto Skowycze. W powietrzu unosi się chłód natury. Tu mieszka od małego Bernard Witten, zardzewiały w swoim milczeniu gospodarz. Gospodarz – Pan, który co wieczór zaciąga się zapachem obory, jakby modlił się do tego Pana w niebie, (...) co zsyła dobrobyt i nędzę. A inni? Inni w biedzie uprawiają własne ziemie, gniją koło gospodarstw, które nie przynoszą w ich rękach zbytku wielkiego. To ludzie, którzy „tworzą szczęśliwą w swoim nieszczęściu warmińską nację”. I tu właśnie, w tej pachnącym i jasnym miejscu, co w letnią noc przypomina dno oceanu, przychodzi katastrofa. I to niejedna. A wszystko zaczyna się gdzieś na drodze, w szumie traw i odciskach końskich kopyt. Nadciąga siła niestworzona.
I znika słońce i „zatrzaskuje się brama, przez którą przechodziły na Warmię anioły...” Wiatr zdmuchuje słowa ludzkich modlitw do lasu, a na środek wsi wchodzi śmierć w baranim futrze. Obok niej idzie elegancki mężczyzna, w czapce wyszywanej złotą nitką. Śmierć zabiera dorosłych, Jajożer sięga do kołysek po dusze dzieci. Po wsi, blisko ziemi i blisko traw suchych, roznosi się lament matek i bluzgi ojców. I niedługo trzeba czasowi dać czasu, by zaraz po ziemi, nisko niziutko, zaczęły roznosić się choroby i strach. I idzie kolejna apokalipsa...
Z nieba znika słońce, zaczyna się potop. Ludzie gniją w domach, kłócą się w domowych strzechach, gnuśnieją w kaftanach nudy i deszczu. Po tej próbie wychodzi słońce. I trwa i trwa w nieskończoność. Ludzie uciekają w cienie i we własne wnętrza. Brzuchy pęcznieją z głodu i pragnienia.
„Życie kapie z człowieka na ziemię”.
Ludzie pogubili swoje dusze, w malignie poszli ich szukać. Poszli na stracenie, słuch o nich zanika. Żebra wychodzą na wierzch, oczy nie mieszczą się w czaszce. Ludzie zaczynają wyglądać jak duchy. Tylko Bernard się trzyma. Nie przyznaje się, że gada z ojcem, co przycupnął koło klamki. Pochował go już dawno, ziemią przykrył, a ten przychodzi do syna i gada. I przepowiada, i radzi i mówi nawet, gdy Bernard odwraca głowę. Duszę swoją wciska głęboko, jak najgłębiej. Uderzeniem raz z ciała jego dusza uleciała, „jak dziecięca zabawka na gumce przelatywała po pasku, odbiła się od filara, czy drzewa i cudem wróciła na swoje miejsce”.
„Zegar świata tyka coraz głośniej”.
Łukasz Staniszewski wije swoją powieść po warmińskich ziemiach, tkając ze słów literacki kilim. Szepcze do czytającego o ludzkich marnościach, pogubieniu w oczach innych i w sobie jednocześnie. Zaprasza do stajni i krów, do chlewów, do ciemnych domów i do marnych grud ziemi, którą w znoju trzeba uprawiać. Pieśniami tych krów otwiera piękno, emocje i magiczność. Bawi się przenikaniem mgły i jasności. Przymyka oczy by ubrać w zdania to, co tkają duchy obijające się o ludzi. Rozmawia z duchami, oddycha lasem. Głaszcze wieprzka Szymona w stajni Wittena i słucha jego mowy.
Piękno „Łaciatych Krów” przykleja się do czytającego. Przywiera do niego, jak zapach, co przenika ciuchy i skórę. Stajesz się Warmią, Skowyczami i domem pokrytym strzechą. Stajesz się pełnią kogoś i czegoś zarazem. Ni dydukiem, ni marą ulotną... Odczuwasz w sobie majaki literackie, racjonalność oślepia w tobie słońce na niebie. To zasługa Staniszewskiego. Lekkość snucia tej Wittenowskiej historii chwyta i staje się obsesją. Tą okropną ludzką słabością, co niszczy każdego, kto choć raz jej doświadczył. Próbuje rozgryźć to, co było na zewnątrz, co było niewidoczne i nieciekawe, stało się namacalne i przyprawia o strach.
Jako czytelnik milkniesz. Nie potrafisz zrobić kroku. Jesteś sparaliżowany. Powieść rozstraja zmysły. Zawłaszcza człowieka dla siebie i przemiela go, by na końcu wypluć. Wypluć i wrzucić w nowe po tym, co przeminęło. Przychodzą młodsi z innymi głowami, a ty szukasz wyjaśnień tego nowego. Próbujesz na własną rękę spojrzeć wstecz i wyłapać jakieś znaki, jakieś słowa czy gesty. Szukać duchów i duszy zagubionych, od których czasem się kotłowało. Próbujesz wychwycić niedosłyszaną apokalipsę końca...
Czytasz i świat się zatrzymuje.
A gdy kończysz, zaczynasz czytać od nowa. Od nowa wchodzisz w tej majestatyczny klimat Warmii.
Mówisz na głos słowa, które wyczytujesz z „Pieśni łaciatych krów” i łapiesz się na tym, że wtedy ta książka nabiera innej treści. Tu są łzy i spokój, którego zaczęto się bać. To majstersztyk literacki, precyzyjny obraz dusznego poszukiwania zaspokojenia, które puchnie do chwili, aż pęka i wszystko zmienia. Rodzi się zawiść, zazdrość i kłamstwa. Rodzą się kłótnie i wstręt w oczach drugiego. Obrzydzenie zasiada do resztek śniadania i twardym węzłem zaciska gardła pełne gniewu, które puchną od goryczy i jadu. I wiecznych lamentów i pożądania tego, czego Bóg nie dał.
Niesamowita powieść. Wyjątkowa. Szczególna.
Jedna z najlepszych, jakie mogą się trafić.
Łukasz Staniszewski mitologizuje Warmię, jako chłopską krainę z pogranicza snu i jawy. Z jednej strony mamy trzeźwo (lub po wizycie w młynie wręcz przeciwnie) myślących gospodarzy ze wsi Skowycze przywiązanych do ciężkiej pracy, z drugiej świat pełen zabobonów, dyduków, diabłów i Jajożera co porywa dzieci. (...) Miejscowy proboszcz Pieczonka marzy o rządzie nad duszami i o atłasowych butach ze złotą nitką. Racjonalistą jest wypoczywający we wsi lekarz Piechowicz, a czarami zajmuje się mieszkająca w lesie Baba. Jednak to na najbogatszym we wsi gospodarzu Bernardzie Wittenie spocznie odpowiedzialność za uratowanie tego mitologicznego świata przed nadchodzącą apokaliptyczną suszą. Witten wcale się nie garnie do roli zbawcy. Wręcz przeciwnie, wszystko i wszystkich ma głęboko w zakamarkach ujścia jelita grubego. On kocha tylko swoje łaciate krowy i dla nich jest gotów zrobić naprawdę wszystko.
Bardzo mi się podobał początek książki. Zachwycił mnie ten świat z baśni osadzony w nieokreślonym czasie. Jednak apokaliptyczny chaos rwał całą dotychczasową narrację w strzępki z których trudno mi było poskładać ostateczny sens. Wierzę jednak w misję Bernarda Wittena czyniącego dobro ze złych skłonności. Zawsze to jakieś przesłanie.